| Spięty z durszlakiem na głowie |
|
|
|
| Wpisany przez Agata Chrzuszcz |
| Czwartek, 14 Styczeń 2010 20:59 |
|
Już sam durszlak z okładki świadczy o tym, że płyta jest niekonwencjonalna. A mowa tu o solowym albumie niejakiego Spiętego „Antyszanty”, artysta kojarzony i to nie bez powodu, może być z zespołem Lao Che. Hubert Dobaczewski, czyli Spięty, nie popisuje się na niej w żaden sposób przed słuchaczami, nie stara się pokazać z zupełnie nowej, nieznanej nam dotąd strony. I bardzo dobrze. Z lekką obawą czekałam na ten album, a to dlatego że w ostatnim czasie artyści pracujący nad własnymi projektami zawodzą mnie, starając za wszelką cenę odciąć się od tego co zrobili dotychczas, próbują wydać coś nowego, nie kojarzącego się z zespołem, z którym współpracują, co często wychodzi im jednak sztucznie i słabo. Spiętemu wyszło wręcz przeciwnie. Zajął się oczywiście zarówno stroną muzyczną jak i tekstową, tak więc jest to jego całkowicie autorskie dzieło. Teksty są równie świetne jak na płytach Lao Che, bliskie niemalże poezji. Usłyszeć można bowiem odrobinę cynizmu, jest ironia, spora dawka poważnych tematów podanych w sposób lekki i trywialny. Spięty bowiem już w pierwszym utworze mówi o śmierci, temat rzadko podejmowany przez polskich artystów. Robi to jednak w sposób szczególny, nieco żartobliwy. Świetnie łączy kpinę, przerysowany żart z poważną tematyką. Ton jest trochę bajkowy. Twórca wciela się w różne postaci, zmienia głos, słyszalne są krzyki, śmiech, nieokreślone wrzaski, wszystko to w bardzo ciekawy sposób ubogaca płytę. Podobnie jak spora ilość symboli, metafor i niekiedy abstrakcyjnych porównań. A teksty w żaden sposób nie są płytkie, czy proste, choć nie jest to mowa super współczesna. Artysta krytykuje konformizm, głupotę lecz w sposób daleki od banału, nic nie jest oczywiste, wielu rzeczy trzeba się doszukiwać. Słowa ukryte w poszczególnych utworach niosą naprawdę spory przekaz, Myślę że wielu słuchaczy znajdzie coś dla siebie, gdyż nie da się ich słuchać bezmyślnie. Spięty fascynuje mnie również jako autor tekstów ze względu na rzemiosło, na sposób w jaki składa poszczególne wyrazy, łączy je, tworzy neologizmy. To swoistego rodzaju nowomowa stworzona na potrzeby tej właśnie płyty. Nie boi się wulgaryzmów, idealnie pasujących do albumu. Strona muzyczna jest równie ciekawa jak same słowa. Płyta brzmi świetnie, są rytmy kojarzące się z folklorem, słyszalne jest nierównomierne tempo, powodujące iż płyta jest jeszcze ciekawsza, od bardzo dynamicznej przeobraża się w wyciszoną i spokojną. Jest też jak dla mnie element zaskakujący a mianowicie odrobina elektroniki, jak gdyby sztucznie wygenerowane dźwięki, które wprost idealnie pasują do ogółu. Kiedy słucha się tej płyty, można odnieść nieodparte wrażenie, że jest to misterne dzieło, które wymagało sporego wkładu pracy. Hubert Dobaczewski udowodnił, że równie świetnie jak we współpracy z zespołem, radzi sobie w pojedynkę. |



